14 marca 2026

Rajskie plaże i piątek trzynastego

Po zakończeniu przygody w Ipoh wsiedliśmy w opóźniony o pół godziny autobus z dworca Amanjaya do Butterworth, miasta, w którym mieliśmy przesiąść się na prom do George Town, czyli kolejnego przystanku na naszej mapie. Podróż trwała niecałe dwie godziny, więc minęła błyskawicznie. W międzyczasie kupiłem przez internet bilety na prom, w przeliczeniu kosztowały dwa złote za osobę. Autobus wysadził nas na dworcu, z którego można było przejść bezpośrednio na prom. Po 15-minutowej przeprawie dotarliśmy do terminala po przeciwnej stronie i zamówiliśmy Graba, by nie tarabanić się z tobołami transportem publicznym, którego jeszcze wtedy nie mieliśmy rozpracowanego. 

Widok z balkonu

W pokojach na suficie umieszcza się strzałki wskazujące kierunek na Mekkę, by ułatwić życie muzułmańskim gościom

Po ogarnięciu formalności związanych z zameldowaniem i zapłaceniu obowiązkowej kaucji na poczet ewentualnych zniszczeń (jakieś 90 złotych) ruszyliśmy w miasto, by coś przekąsić i zaopatrzyć się w zimne napoje, które w tym klimacie są koniecznością. Stanęło na Fatty Burger – to fast food serwujący również dania obiadowe. Zamówiłem potrójnego cheeseburgera, a Monika popularną w tym regionie potrawę o nazwie Chicken Marryland (pewnie chodzi o amerykański stan Maryland, ale tu z uporem maniaka piszą to przez dwa "r"), czyli dobrze nam znany w Polsce kotlet drobiowy z frytkami i sałatką. Oba dania były smaczne i kosztowały ok. 15 złotych.



Po zakupach, z których Monika wróciła z połamanymi okularami przeciwsłonecznymi, wróciliśmy do pokoju, by po chwili stwierdzić, że wsiadamy do autobusu i jedziemy w kierunku Decathlonu, by kupić nowe bryle. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy i wkrótce znaleźliśmy się w centrum handlowym Paragon Mall, płacąc za autobus jakieś 1,20 zł za osobę.

Z powrotem wróciliśmy z buta, zahaczając o nadmorski deptak.



O kolejnych dwóch dniach można powiedzieć tylko tyle, że wylegiwaliśmy się na plażach. Raz na plaży przy Hotelu Angsana, a kolejnego dnia w The Moonlight Bay (po polsku to Zatoka Księżycowego Światła). Z tej pierwszej zresztą zapomnieliśmy zabrać ze sobą butów do wody. Jakieś straty muszą być. Woda była okropnie ciepła, podejrzewam, że miała powyżej 30 stopni i nie dawała żadnego ochłodzenia. Większość turystów wybiera w tej okolicy plażę Long Beach w Batu Ferringhi, ale dla nas było tam zdecydowanie zbyt mało kameralnie i brakowało klimatu.

Plaża Long Beach w Batu Ferringhi, tam nie plażowaliśmy

To ta sama plaża

A to już plaża przy Hotelu Angsana



A to już druga plaża – w The Moonlight Bay



Resztę pobytu na wyspie przeznaczyliśmy na poznanie miasta i zaplanowanie kolejnych etapów naszej podróży. Już w Ipoh kupiliśmy bilety lotnicze do Stambułu na 4 maja, ale co wykombinować w międzyczasie? Nie mieliśmy żadnego pomysłu, a siedzenie przez dwa miesiące w Malezji nie wydawało nam się zbyt interesującym planem, zwłaszcza że po dwóch tygodniach w tym azjatyckim kraju wciąż nie wiemy, co o nim do końca myśleć. Wydaje nam się, że najmniej w nim charakteru, za to jest to najbardziej zróżnicowany kulturowo kraj z tych, które odwiedziliśmy. Typowe multi-kulti. Monika stwierdziła nawet, że nie wie, jak wygląda typowy Malaj, taki tu jest tygiel. Zanim jednak przeszliśmy do planowania – spacer po mieście.








Straż pożarna



Kurczak z makaronem szpinakowym

Kurczak w sosie śliwkowym

Lobak, coś jak sajgonki, ale zawijane w skórkę tofu

Po niezliczonych godzinach spędzonych na przeszukiwaniu połączeń autobusowych i lotniczych, zastanawiając się nad tym, czy lecieć na Phuket w Tajlandii, na Langkawi w Malezji, czy może coś jeszcze innego, wpadliśmy na zupełnie inny plan. A wszystko za sprawą taniej linii lotniczej Lion Air, która zapewnia pasażerom darmowy transport bagażu nadawanego (10 kg), do tego 7 kg podręcznego i przedmiot osobisty. W to nam graj – lecimy na Sumatrę, czyli do Indonezji. Bilety kupione w środę, lot w piątek trzynastego – pełen spontan. Zapłaciliśmy 220 złotych za dwa bilety, czyli nie najgorzej można powiedzieć. I to biorąc pod uwagę fakt, że lot miał trwać jakieś 55 minut, zapewniając nam podróż w czasie. Wylatywać bowiem mieliśmy z lotniska na wyspie Penang o 13:15, a lądować w Kuala Namu o 13:10 ze względu na różne strefy czasowe. Zorganizowaliśmy sobie nocleg w Medanie, załatwiając maaaaasę formalności (trzeba było ściągać specjalną apkę Travelio, choć nocleg zamawialiśmy przez Booking, oferta partnerska). Przez apkę ustaliłem, że zameldujemy się o 15 w piątek, zapłaciłem kaucję kartą kredytową (67 złotych) i dobra. Tzw. room boy miał czekać na nas o ustalonej porze, by przekazać nam klucze do pokoju.

W piątek wymeldowaliśmy się więc, zamówiliśmy Graba na lotnisko (za półgodzinną podróż zapłaciliśmy jakieś 40 złotych), odprawiliśmy się, nadaliśmy bagaż, przeszliśmy cały ten cyrk z kontrolami i po 13:00 wystartowaliśmy.

I sru, do Indonezji

Lot minął szybciej, niż ustawa przewiduje. Po jakichś 35 minutach wylądowaliśmy w Kuala Namu. Kupiliśmy wizy na lotnisku, przeszliśmy kolejne kontrole, kupiłem kartę SIM, zamówiliśmy Graba (żeby zdążyć na 15:00, gdyby nie to, wzięlibyśmy tańszy pociąg) i po ponadgodzinnej podróży, za którą zapłaciliśmy 50 złotych, znaleźliśmy się na parkingu hotelowym.

W samochodzie dostałem informację od room boya z prośbą o potwierdzenie godziny zameldowania. Wysłał ją o 14:11, nadmieniając, że jazda z biura Travelio do Mansyur Residence, gdzie mieliśmy nocleg, może zająć i dwie godziny. No to napisałem, że będziemy punktualnie, na co dostałem odpowiedź, że on wręcz przeciwnie, bo ostro leje, ma zniszczony płaszcz przeciwdeszczowy, a jedzie skuterem. No to wiedzieliśmy już, że będzie obsuwa. Najgorsze, że nie było nawet gdzie usiąść. Staliśmy więc jak te kołki przy windach na parkingu podziemnym. Skończyło się na tym, że przyjechał o 17:00, w międzyczasie sto razy mnie przepraszając przez WhatsAppa i zwalając winę na ulewny deszcz. Moim zdaniem nie lało aż tak bardzo, zresztą wyjechał zdecydowanie za późno. W jednej z ostatnich wiadomości, gdy dowiedział się, gdzie czekamy na niego, zaproponował, żebyśmy podjechali na trzecie piętro i usiedli w lobby. Rychło w czas. Wcześniej szukaliśmy miejsca do ulokowania się na parterze, tak jak podpowiadałby rozsądek. Ale tam jeden wielki remont. Myśleliśmy, że lobby nie ma. Na domiar złego na drugim piętrze było bistro, z którego chętnie skorzystalibyśmy, czekając, gdybyśmy wiedzieli o jego istnieniu. Ale nic – piątek trzynastego. Bierzemy klucze i idziemy do pokoju. Rzucamy torby w kąt i jedziemy na drugie coś zjeść.

Monika postawiła na kurczaka

Mongolska wołowina na ostro

Potem jeszcze standardowe zakupy, powrót do pokoju, prysznic i...

Czy to koniec pecha na dziś?

Zgłosiłem usterkę w apce. Ekipa od takich spraw pracuje w soboty od 10-12, od poniedziałku do piątku dłużej, ale w poniedziałek stąd spadamy, a nie chciało nam się tracić czasu na takie szczegóły, więc jakoś przeżyjemy.

Inna sprawa, że WiFi nie działało, póki sam nie pokopałem w ustawieniach routera. Receptą na niedziałający internet było wg obsługi pokoju wyciągnięcie wtyczki z gniazdka i wsadzenie jej za chwilę z powrotem... Szkoda słów.


Ktoś tu nie potrafił nawet przepisać poprawnie hasła z tyłu routera 😆

Nie wiem, czy pod trzynastopiątkowego pecha można dopisać to, że dosłownie pod naszym balkonem znajduje się meczet, z którego co i rusz słychać smętne zawodzenie muezzina (nie ma nic lepszego na pobudkę przed szóstą rano). Za to zapychający się kibelek to na pewno pechowa sytuacja. Na szczęście jest przepychacz na podorędziu. Ogólnie jednak pierwsze wrażenia z Indonezji mamy bardzo pozytywne. Ludzie wydają się bardzo wyluzowani i sympatyczni. Na ulicy panuje chaos podobny do tego z Wietnamu, czujemy się tu więc jak ryby w wodzie. Zdecydowanie przyjemniej chodzi się po takich okolicach niż w totalnie nieprzystosowanej do ruchu pieszego Malezji. No i jest chłodniej! Nareszcie żar nie leje się z nieba.

Prawie jak w Wietnamie

Na kolację zamówiłem sobie z ciekawości pizze (każda za 4 złote, byłem ciekaw, co mnie czeka).

Banan dla skali musi być :)

Dzisiaj po śniadaniu znowu rozmyślania. Wychodzi na to, że po Sumatrze najwygodniej będzie nam podróżować pociągiem. Mamy już apkę, więc nie trzeba bujać się po dworcach i dopytywać o połączenia, bo strona 12go, z której korzystaliśmy dotychczas w Wietnamie, Kambodży i Malezji, zdaje się tu nie działać tak sprawnie. Około południa wyszliśmy na wcześniej upatrzony przystanek, z którego w stronę centrum Medanu zabrał nas tzw. angkot.

Podróż czymś takim to przygoda sama w sobie

Europejczycy w takim wynalazku to dopiero atrakcja dla lokalsów

Angkot w pełnej krasie

Plan mieliśmy prosty. Posiadłość Tjong A Fie, człowieka, który w ubiegłym wieku znacząco przysłużył się lokalnej społeczności, Wielki Meczet (Masjid Raya Al-Mashun) oraz dawny pałac sułtanów.

Portret na ścianie przedstawia Tjong A Fie


Czasem trzeba udzielić wywiadu, nie ma lekko

I jeszcze pamiątkowa fotka


W takich budynkach powstają popularne w Azji spożywcze ptasie gniazda

Po zwiedzaniu posiadłości, zmęczony sławą, stwierdziłem, że pora coś zjeść. Zdecydowaliśmy się na podobno legendarną restaurację Tip Top, która istnieje od 1929 roku. Zamówiliśmy rendang daging (wołowina smażona w mleczku kokosowym na ostro), huzarensalad (sałatka z ziemniakami, krewetkami, kurczakiem, ananasem, marchewką i czymś tam pewnie jeszcze) i ryż z warzywami. Do tego herbata i piwko. Zapłaciliśmy 50 złotych, z czego najdroższe było piwo – kosztowało 12. Nareszcie powiew świeżości po malezyjskich kurczakach, na które już patrzeć nie mogliśmy.

Śmiało możemy polecić to miejsce

Po obiedzie przyszła kolej na dawny pałac sułtanów.


Jak to w tej części Azji zwykle bywa, w butach nie wpuszczają


Przyłapany na deptaniu zieleni


A na koniec Wielki Meczet. Niestety nie można było wejść do środka.


Do pokoju wróciliśmy znów angkotem. Za przejazd na dowolnej trasie płaci się 5 tysięcy rupii. To ok. 1,10 zł. 


Na koniec typowy widok na ulicę Medanu i ruch tu panujący. Trzymajcie się i do kolejnego!


Mówiłem, że są wyluzowani?

1 komentarz:

  1. 13 piątek 🤣no to zapamiętacie napewno 🤪fajnie wyglądacie 💞 Czekamy na dalsze przygody 🤗

    OdpowiedzUsuń