07 maja 2026

W dawnej stolicy Imperium

Zmęczeni, ale zdrowi i w jednym kawałku, zameldowaliśmy się w poniedziałek w Stambule. Lot minął sprawnie mimo ponad 11 godzin w samolocie, nie było też żadnych problemów z naszym przewoźnikiem, który ponoć bywa drobiazgowy przy ważeniu bagażu podręcznego. Nas nikt nie sprawdzał, więc niepotrzebnie wydaliśmy 70 zł, żeby nieco zwiększyć pierwotny limit siedmiu kilogramów na plecak. Czego się jednak nie robi dla świętego spokoju.


Na pokładzie wcinaliśmy kurczaka z grilla kupionego w Malezji

Na lotnisku udało się złapać wifi, choć nie było to proste, bo wymagało zeskanowania paszportu i wygenerowania kodu w specjalnej maszynie. Przynajmniej udało się pobrać mapę metra i zaznaczyć, jak dotrzeć z docelowej stacji do pokoju. Żeby dostać się metrem do miejsca, w którym mamy nocleg, musieliśmy kupić i doładować specjalną kartę oraz dwa razy przesiadać się na poszczególne linie. Na pierwszym odcinku nie obyło się bez komplikacji, która wymagała niespodziewanej przesiadki na inny peron. Mimo komunikatów po turecku miejscowi też byli tym faktem zdziwieni, więc nie jest z nami tak źle.

Metro w Stambule jest bardzo rozbudowane

Do City House, czyli naszego hotelu, dotarliśmy ok. 20:00 miejscowego czasu – teoretycznie dość wcześnie, ale jet lag zrobił swoje. Nasze głowy pracowały w końcu w trybie, według którego była już 1:00. Starczyło sił tylko na pójście do lokalnej knajpki na symboliczną sałatkę, zupę grzybową i pitę z kurczakiem oraz kupienie paru rzeczy do picia. Trzeba po prostu się wyspać. 


Pierwszy pełny dzień tutaj postanowiliśmy poświęcić na luźne ogarnianie, co gdzie jest w okolicy. Zaczęliśmy od pójścia na śniadanie do swojskiego przybytku tuż za rogiem, gdzie Tomek wziął menemen, czyli turecką jajecznicę z pomidorami, a ja omlet. Do tego oczywiście dwie kawki po turecku.



Później ruszyliśmy w kierunku Decathlonu, żeby kupić jakiś miejski plecak (naszych turystycznych pozbyliśmy się w Malezji, bo były wysłużone i za dużo ważyły), ale zaskoczyły nas wysokie ceny, więc postanowiliśmy rozejrzeć się jeszcze po innych sklepach. Drogie okazały się nie tylko plecaki, ale też pakiety Internetu dla turystów, które osiągają w Turcji horrendalne ceny. Najtańszy, jaki udało nam się znaleźć, kosztował 160 zł za 25 GB. Tak, dobrze przeczytaliście. Rozbój w biały dzień. Doszliśmy do wniosku, że turystyczna mapa w trybie offline w zupełności wystarczy i nie damy się tak oskubać. W międzyczasie spacerowaliśmy między innymi szeroką ulicą, którą poruszali się jedynie piesi oraz zabytkowe tramwaje.

Tak to można chodzić

W Stambule jest sporo klimatycznych uliczek

Po pół roku w Azji możliwość swobodnego spacerowania po mieście wciąż wydaje się nieprawdopodobnym wprost luksusem. No i to powietrze! W poniedziałek było dość rześko, bo termometry pokazywały w porywach może z 15 stopni, ale mnie to w ogóle nie zmartwiło. Wreszcie jest czym oddychać. Tutejsza kawa po turecku nie jest szczególnie mocna, więc po drodze skoczyliśmy na jeszcze jedną do kawiarni na siódmym piętrze domu towarowego. Współcześnie tego określenia już się raczej nie używa, ale był to przybytek dokładnie w takim klimacie, żadna tam galeria handlowa. Sam lokal miał już jednak zdecydowanie nowoczesny wystrój. Mimo że tego dnia nie szukaliśmy specjalnie żadnych zabytków, one niejako znajdowały nas same – za przykład niech posłuży okazały meczet znajdujący się obok stacji metra Taksim, na którą mamy dziesięć minut z buta, czy neogotycka Bazylika św. Antoniego z Padwy.




Trafiliśmy też pod wybudowaną w XIV wieku Wieżę Galata, skąd podobno rozlega się piękny widok na Bosfor. O tym jednak się nie przekonamy, bo wstęp na wieżę kosztuje 30 euro. Tu również wzrok Was nie zawodzi. Stambuł jest pięknym, klimatycznym miastem, ale ceny biletów do większości atrakcji w przypadku turystów są kilkukrotnie droższe niż dla miejscowych. Trochę dziwna polityka, ale co zrobić. Najważniejsze, że mamy do dyspozycji rozbudowane metro i ulice przyjazne pieszym. Plecaka tego dnia nie znaleźliśmy, ale samoobsługowy, dobrze zaopatrzony sklep spożywczy w pobliżu naszego noclegu, już tak. W sklepie praktycznie zawsze jesteśmy jedynymi turystami, ale nikt się na nas dziwnie nie patrzy. Ceny są przystępne, więc kupiliśmy wreszcie rzeczy, za którymi tęskniliśmy w Azji – szynkę, ser żółty, twaróg, kefir i ogórki konserwowe (za tymi ostatnimi tęsknił bardziej Tomek). Do tego jajka na śniadanie i kurczaka na obiad. Zaskoczył mnie spory wybór napojów bezcukrowych – znalazłam tam lemoniadę oraz ciekawy sok z fermentowanej fioletowej marchwi. Tomkowi bardzo przypadł do gustu ayran. Kupiliśmy nawet pastę z orzechów laskowych bez dosypanego cukru, a bakłażan dorwaliśmy po trzy złote za kilo. Wreszcie normalne jedzenie 🥹.

Wieża Galata

W środę wybraliśmy się na spacer w kierunku okazałego Pałacu Dolmbahcze, dawnej siedziby sułtana. Do środka nie wchodziliśmy, bo wstęp kosztował 2000 lir tureckich, czyli niecałe 160 zł (dla miejscowych tylko 175 lir). Mówię Wam, te ceny to jakaś przeginka. Udało się przynajmniej po kontroli bezpieczeństwa (które są tu na każdym kroku, na przykład przy wejściach do galerii handlowych) wejść na teren obiektu, żeby cyknąć parę fotek. Znajduje się tam również restauracja, w której mimo wysokich cen siedziało sporo ludzi. Zresztą oceńcie sami, czy jest tam drogo, bo zrobiłam zdjęcie menu w ramach ciekawostki.





Na szczęście byliśmy po śniadaniu, a nawet gdybyśmy musieli coś zjeść, to na pewno nie w tym miejscu. Co można, to można, ale nie lubimy, gdy traktuje się turystów jak dojne krowy. No dobra, idziemy dalej. Tym razem do rozległego, położonego na wzgórzu parku Yldiz. Tam odpoczęliśmy na ławce pod daszkiem, ciesząc oczy zielenią i oddychając pełną piersią, a później spacerowaliśmy, kierując się powoli w stronę stacji metra.


A tak kormorany suszą skrzydła

Nie wiem, jak w Polsce, ale tutaj wiosnę dosłownie czuć w powietrzu. Pamiętajcie, że w Azji wilgotność powietrza wynosiła regularnie od 90 procent wzwyż, tutaj znacznie mniej, a na dodatek temperatura oscyluje wokół 20 stopni, więc czujemy się jak raju. Dzień zakończyliśmy wizytą w centrum handlowym, żeby kupić budżetowy nóż, który nie będzie tępy jak klin do siekiery (tym, który był w pokoju, nie dało się nawet pokroić kurczaka), a później znów w sklepie spożywczym. Dużo chodzimy, więc stopy nieco bolą, ale to taki przyjemny ból. Brakowało nam tego. 

Dzisiaj pojechaliśmy metrem do najbardziej znanego zabytku Stambułu, czyli meczetu Hagia Sophia. Z zewnątrz nie wygląda spektakularnie, a na dodatek jest w trakcie remontu, więc tym bardziej nie wchodziliśmy do środka.

Hagia Sophia jest w remoncie, ale nie przeszkadza to w kasowaniu 25 euro od turysty



Zdecydowanie większe wrażenie zrobił na nas Błękitny Meczet, do którego wstęp o dziwo jest darmowy.



Warto mieć niedziurawe skarpetki ;)




Błękitny Meczet z oddali

Wcześniej pokręciliśmy się trochę po parku Gulhane, w którym znajduje się starożytna Kolumna Gotów. Nie brakowało tam również przekwitniętych już w większości tulipanów. Nieopodal parku znajduje się Pałac Topkapi, ale, jak się pewnie domyślacie, nie wchodziliśmy tam ze względu na cenę. Może i lepiej, że bilety są takie drogie, bo wbrew powiedzeniu od przybytku głowa może jednak rozboleć. I stopy. Po zwiedzaniu meczetu ruszyliśmy przez miasto w kierunku nadmorskiego deptaku, a po drodze próbowano nas zaciągnąć do różnych restauracji. Nie daliśmy się.


Najstarsza w pełni zachowana starożytna kolumna, datuje się ją na ok. 330 r. n. e.


Mijaliśmy też miejscowy targ, przez który trudno się było przecisnąć. Później oczywiście wizyta w sklepie spożywczym BIM, który mieści się na parterze meczetu. A właśnie, mamy już nowy plecak – jednak stanęło na takim z Decathlonu w promocyjnej cenie, widać go na zdjęciu wyżej.

Targ


A pod tym meczetem jest nasz sklep

Na każdym kroku spotkać można sklepy z lokalnymi smakołykami

W Stambule spędzimy jeszcze tydzień, więc będzie się działo. Na zakończenie dzielimy się z Wami nowościami: 14 maja jedziemy autobusem ze Stambułu do Burgas, by stamtąd 20 maja polecieć do Krakowa. W międzyczasie, o ile pogoda dopisze, planujemy plażować w Nesebyrze. Odwiedzając Bułgarię trzy lata temu, nie planowaliśmy zbyt prędko do niej wracać, ale logistycznie taki plan ma najwięcej sensu. Bezpośrednie loty ze Stambułu do Polski nie są zbyt opłacalne. To pewnie jeden z ostatnich postów na blogu, więc czytajcie, póki możecie 🙃. Ślemy buziaczki, pa! 😘

1 komentarz:

  1. No tak skarpetki bez dziur ważna rzecz🤣Widać po cenach że to Europa 😱ale prześliczne miejsca . Wiadomość o powrocie do ojczyzny to najlepsza wiadomość .Czekamy na Was 😘Bawcie się i czekamy na wiadomości o przylocie.. Buziaki 😍

    OdpowiedzUsuń