No to jesteśmy w domu. Unia Europejska przywitała nas na granicy turecko-bułgarskiej dosyć ospale przesuwającą się kolejką, zwłaszcza po bułgarskiej stronie. Straciliśmy na granicy dobrze ponad godzinę, ale oto jesteśmy. Piszę do Was z balkonu naszego pokoju w Nesebyrze, jest wiosna, niecałe 20 stopni, pogoda, za jaką przez ostatnie pół roku zdążyliśmy solidnie zatęsknić. Monika aż się martwi, że się przeziębię, ale bez przesady. Spędzimy tu kilka dni, a w przyszłą środę, 20 maja, lecimy o 9:50 do Krakowa. Nesebyr już znamy z wcześniejszych naszych wojaży (w październiku 2023 było tu zdecydowanie więcej turystów, teraz miasto jeszcze śpi przed sezonem), więc nie mamy ciśnienia na zwiedzanie. Tryb oszczędzania energii.
Tyle słowem wstępu, gdyż post ten będzie kontynuacją historii o Stambule, mieście, które zawładnęło naszymi sercami. Kiedy decydowaliśmy się na pobyt w tej jednej z kolebek cywilizacji, wyobrażaliśmy sobie chaotyczne, głośne, męczące miasto, pełne korków, śmieci i nagabujących oszustów. Rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania. Stambuł to miasto położone na wzgórzach (podobnie jak Rzym – na siedmiu), z wieloma parkami, klimatycznymi uliczkami, przystępnymi cenami noclegów (płaciliśmy za nocleg niecałe 60 zł za osobę) i artykułów w sklepach (ceny porównywalne z polskimi), fantastycznym transportem publicznym (również tanim, za jeden przejazd metrem płaci się jakieś 3 złote, za tramwaj wodny bodaj trochę drożej), monumentalną architekturą, a przy tym bardzo przyjazne pieszym, co dla przybyszów z Azji Południowo-Wschodniej okazało się chyba najprzyjemniejszym aspektem miasta. Jak już wiecie – uwielbiamy chodzić. A chodzić w takich okolicznościach – kochamy. Uroku miastu dodaje to, że leży nad dwoma morzami (Czarnym i Marmara) oraz oczywiście nad cieśniną Bosfor. Kiedy pierwszego dnia wyjeżdżaliśmy metrem z tunelu na stację Halic, zbierałem szczękę z podłogi. Każdy meczet w zasięgu wzroku brałem wtedy za Hagię Sophię – przywilej dyletanta. Ludzie może nie tak uśmiechnięci i przyjaźni jak w Indonezji (tu akurat moje wyobrażenia o Turkach potwierdziły się), ale polecam to miasto każemu. A jeśli lubicie koty, to takiej ich ilości, jak tu, nie spotkacie chyba nawet w czarnogórskim Kotorze.
Na minus oczywiście ceny atrakcji turystycznych, kart SIM i stołowania się w restauracjach. Ale spuśćmy już na to zasłonę milczenia. Podejrzewam, że w żadnym innym kraju Europy (a może i świata) nie ma aż tak drastycznych różnic w opłatach dla miejscowych i turystów. Chętnie przyznam się do błędu, jeśli mnie ktoś poprawi. Dla porównania – w Atenach wejście na Akropol kosztuje 30 euro. W Stambule za tyle wejdziemy na Wieżę Galata (miejscowi za ułamek tej ceny). Przemawia do Was to porównanie? Koloseum w Rzymie kosztuje 18 euro. Zdzierają z turystów okrutnie i nie przyjmuję do wiadomości argumentu, że to Europa i tak już jest. Tym bardziej, że Stambuł leży w Europie mniej więcej w połowie swojej powierzchni. Ciekawe, czy to przypadłość całej Turcji, czy jedynie Stambułu. Sprawdzimy to pewnie za jakiś czas, kiedy wrócimy do innych części tego kraju.
Ale dość już narzekania. Zgodnie stwierdziliśmy z Moniką, że Stambuł to miasto, w którym śmiało moglibyśmy zamieszkać na stałe. Niech to posłuży Wam za rekomendację. Aha, jeszcze jeden minus – masa Rosjan.
Wychodząc z pokoju, codziennie pokonywaliśmy tę samą trasę w drodze na stację metra w pobliżu placu Taksim. Oglądając filmik poniżej, możecie pokonać jej fragment razem z nami.
Poza licznymi meczetami, których w Stambule stoi ponad 3500, odwiedziliśmy też na przykład spory park leśny (Ataturk Kent Ormani), kolorową dzielnicę Balat, Anatolię, czyli azjatycką część miasta, i galerię sztuki. Obejrzyjcie zresztą zdjęcia i filmiki.
W Stambule swój żywot zakończył Adam Mickiewicz. Jest tu muzeum jemu poświęcone

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz