02 maja 2026

Wszystko dobre, co się dobrze kończy

To już koniec naszej podróży po Azji Południowo-Wschodniej. Siedzimy właśnie w hostelu niedaleko lotniska w Kuala Lumpur, skąd już pojutrze o 10:00 miejscowego czasu ruszymy samolotem linii AirAsia do Stambułu, czyli do miasta łączącego Azję z Europą. Podróż potrwa jakieś 11 godzin, więc na miejscu będziemy ok. 16:00. Tak wygląda geograficzna matematyka. 

Zanim jednak opuścimy region, który przez ostatnie pół roku był naszym domem, kilka słów o tym, czego doświadczyliśmy i co przeżyliśmy w Dumai, czyli naszym ostatnim przystanku w Indonezji, oraz w Melace, czyli malezyjskim mieście, do którego z Dumai dopłynęliśmy promem.

Do Dumai dostaliśmy się nie bez przygód. Okazało się, że aplikacja Grab źle zinterpretowała adres podany na bilecie i zamiast w siedzibie przewoźnika w Pekanbaru, wylądowaliśmy gdzieś zupełnie indziej. Na szczęście nasz kierowca ogarniał po angielsku, po dojechaniu pod zły adres poszedł się rozeznać w sytuacji i kiedy okazało się, że to rzeczywiście nie tam, zgodził się nas zawieźć tam, gdzie trzeba. Całe szczęście – gdyby nie jego pomoc, z pewnością nie zdążylibyśmy na wykupiony przejazd. Ten trwał jakieś dwie godziny, więc nie zdążyliśmy się nawet dobrze usadowić w fotelach, a już byliśmy na miejscu.

Potem standardowo – ogarnianie skutera. Nie było łatwo, ale w końcu ktoś odpisał na WhatsAppie, że coś da się załatwić. Tym razem zapłaciliśmy 75 tysięcy rupii za dzień, więc można powiedzieć, że taniutko. Niecałe 20 złotych. Kiedy załatwialiśmy nocleg, to też trochę się zresztą naszukaliśmy (tzn. Monika). Większość obiektów nie odpisała w ogóle, a hotele rzucały takimi cenami, że szkoda gadać. Stanęło w końcu na miejscu, w którym miało niby nie być ciepłej wody, ale na szczęście była. Były też okropnie głośne koguty o piątej rano. I hodowla ptasich gniazd, z których 24/7 dobiegały głośne dźwięki ptaków. Jak widać – nie tylko muezzin jest w stanie uprzykrzyć życie. Na szczęście stopery trochę ratowały sytuację.

W Dumai zobaczyliśmy między innymi lasy namorzynowe, ale ścieżki po nich prowadzące przedstawiały sobą obraz nędzy i rozpaczy. W porównaniu z tymi, które mieliśmy okazję odwiedzić w Kampocie w Kambodży – niebo a ziemia. Kładki zniszczone, wszędzie śmieci, jednym słowem – dramat. Być może to skutek niedawnych powodzi? Chciałoby się w to wierzyć, ale obserwując, jak zaśmiecona jest Indonezja, byłoby to raczej myślenie życzeniowe.






W Dumai stoi też pokaźny meczet, a obok niego znajduje się park miejski. Głównie beton, ale parę drzewek też się znalazło.

Jeśli chodzi o parki i tereny zielone na Sumatrze, to jak już chyba wspomniała Monika, nie wygląda to za ciekawie. Większość z nich lata świetności ma już dawno za sobą. Wszystko to stoi i dosłownie niszczeje. Zdarzają się wyjątki, ale są bardzo nieliczne. Jednym z nich są tereny zielone ufundowane przez Petraminę, czyli taki miejscowy Orlen.

Z Dumai zapamiętamy też na pewno to, że dość łatwo udało nam się znaleźć sensowne miejsca do zjedzenia czegoś. W takim December Coffea, do którego trafiliśmy kilka razy na śniadanie i kolację, dość szybko zaczęto się do mnie zwracać per Mister Tom.





I jeszcze kilka fotek z Dumai.




Z Dumai popłynęliśmy do Melaki promem Indomal. Promami pływaliśmy do tej pory chyba tylko w Chorwacji, ale tym razem statek nie przypominał w niczym Jadrolinii. To nowoczesny, szybki, aluminiowy prom, jak reklamują go na plakatach w porcie.


Celnik trochę krzywo patrzył na mój zalany dokument potwierdzający przedłużenie wizy, zapytał nawet złośliwie, czy gdzieś z nim nurkowałem, no ale co zrobić. Jak ulewa dopadnie na skuterze, to nie ma przebacz. Wszystko przemoczone.

W Melace nocowaliśmy w dzielnicy Chinatown. Świetnie się złożyło, bo dosłownie naprzeciwko mieliśmy tzw. hawker's center, czyli miejsce z wieloma stoiskami z jedzeniem i wspólną przestrzenią do spożywania tegoż. Jedliśmy tam codziennie i byliśmy bardzo zadowoleni. Kawka też była bardzo dobra. Na kolacje też daleko nie mieliśmy i też było tanio, sympatycznie i smacznie. Pierwszego dnia był tylko mały problem, bo nie mieliśmy gotówki, a GrabPay, czyli jedna z apek do płatności kodami QR, nie była obsługiwana. Monika jednak po chwili ogarnęła, jak doładować inną apkę, czyli Touch'n'Go i nie musieliśmy odpracowywać niczego w polu, tylko zapłaciliśmy jak ludzie. ;)


Melaka to w ogóle bardzo przyjemne miasto. Jest rzeka, promenada nad nią, słynący z weekendowego nocnego życia deptak Jonker Walk. Poza chińską dzielnicą jest również hinduska. Zresztą wydaje się, że i Wietnamczyków jest tu całkiem sporo.











W Melace udało się też odpocząć od miejskiego zgiełku i uciec do ogrodu botanicznego, który znajdował się nieco poza miastem. Trzeba przyznać, że w Malezji zdecydowanie bardziej dba się o takie miejsca niż w Indonezji.





Jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc w mieście jest Plac Holenderski.








 



Udało się też odwiedzić Muzeum Więziennictwa. Tam mogliśmy m. in. zobaczyć film z wykonywania kary chłosty. Ciekawe przeżycie. Skazani otrzymywali razy bambusową pałką w cztery litery. Zakładano im w tym celu specjalne spodenki w wycięciem z tyłu. Niestety nie wolno było tego filmować.


W Malezji ani razu nie wynajęliśmy skutera, tym razem nie zrobiliśmy wyjątku. Ceny były kilkukrotnie wyższe niż w Wietnamie, Kambodży czy Indonezji i zaczynały się od 50 złotych za dzień. Nie zapłacimy przecież za skuter więcej niż za nocleg. Bez przesady.

Dzięki, że śledziliście nasze poczynania w tej części świata. Uspokajamy – to jeszcze nie koniec postów, więc bądźcie czujni. Kolejny już wkrótce ze Stambułu. Kebaby i Hagia Sofia wzywają.

1 komentarz:

  1. Kochani 🥰 Cieszymy się że mogliśmy tym śledzeniem waszych postów być bliżej.Was... Dr
    Dziękujemy za dotychczasowe relacje i nie zapominajcie o nas przyjeżdżając do Turcji ...życzymy udanego i bezpiecznego lotu.Czekamy na wiadomość 🥰😘

    OdpowiedzUsuń