Cisza przed burzą
O taką
Pierwszego dnia pobytu pogoda dopisała, załatwiliśmy skuter i pojechaliśmy do parku, który okazał się jednym wielkim rozczarowaniem – jego lwia część została zaprojektowana z myślą o jednośladach, a najbardziej interesująca, leśna przestrzeń, była zaniedbana i zamknięta dla zwiedzających. Do tego wszechobecne śmieci, które sprawiają, że odechciewa się obcowania z naturą. Ostrzegam, że dalsza część wpisu również będzie umiarkowanie pozytywna.
Załatwianie skutera wygląda mniej więcej tak
Standardowy widok w parku
Żeby wyrazić oburzenie autobusową podróżą do Pekanbaru, musiałabym poświęcić jej chyba osobny wpis. Ruszyliśmy około 10:40, a na miejscu byliśmy krótko przed 23:00. Dlaczego tak późno? Dlatego że odcinek trasy, którą standardowo można pokonać w dwie godziny, my robiliśmy sześć, bo przewoźnik wybrał alternatywną drogę pełną serpentyn. Autobus dosłownie nie wyrabiał pod górę, w pewnym momencie staliśmy na poboczu chyba z pół godziny, zanim silnik ponownie odpalił. Po co takie komplikacje? Moja jedyna koncepcja jest taka, że chcieli zaoszczędzić, omijając płatne drogi, choć trudno mi uwierzyć, żeby z tego powodu mieli skazywać podróżnych na taki los. Przed 17:00 byliśmy dopiero z powrotem w Bukittinggi, a czekało nas jeszcze sześć godzin jazdy. Poczułam się bezsilna. Na etapie kupowania biletów nikt nas nie poinformował, że pojedziemy tak długo, bo i po co? Nawet na kartce napisali, że na miejscu będziemy o 20:00. Oliwy do ognia dolał fakt, że autokar ani razu nie zatrzymał się w jakimś cywilizowanym miejscu, w którym można by było zjeść coś ciepłego – postoje zorganizowano przy sklepach z suchymi przekąskami. Udało nam się jedynie zjeść parę szaszłyków przygotowanych naprędce przez ulicznego sprzedawcę. Człowiek powinien złożyć reklamację, ale do kogo? Gdybyśmy wiedzieli, że tak wyjdzie, pojechalibyśmy albo busem, albo nawet prywatną taksówką. Trochę więcej by się zapłaciło, ale przynajmniej za inną jakość podróży. Mam tylko nadzieję, że te trudy jakoś nas zahartują i już żadna długa podróż nie będzie nam straszna, bo inaczej nie wiem, po co nam to było 🙈. Na szczęście w najbliższym czasie nie czekają nas już raczej takie męczarnie, oczywiście poza lotem do Turcji. Mam jednak pewne przeczucia, że powinno mi być łatwiej go znieść niż ten z Grecji do Singapuru 😉.
A jak minęła nam końcówka pobytu w Padangu? Wybraliśmy się na Bukit Nobita, czyli okoliczny punkt widokowy, na który szło się nie za długo drogą gruntową (co z tego, że nie za długo, wilgotność powietrza i tak wycisnęła z nas siódme poty 🥴). Widoczek był niczego sobie, a na dodatek nikt nas nie zaczepiał na trasie, bo nie był to dzień weekendowy.
Jak na stolicę regionu Padang to dosyć kameralne miasto
Innym razem pojechaliśmy skuterem nieco dalej, żeby zobaczyć, jak wyglądają plaże w północnej części miasta. Niestety nie są za czyste i nie zachęcają do kąpieli, a w dodatku nie można tam nawet posiedzieć na ławce, jeśli nie kupi się czegoś na stoisku z napojami. Trzeba przyznać, że miejscowi są obrotni i potrafią opodatkować nawet wejście na plażę, ale wszystko ma swoje granice. Zresztą jesteśmy z tych, którzy uważają, że najpiękniejsze rzeczy są za darmo, więc pojechaliśmy na drugi koniec plaży posiedzieć na pniu. Przez chwilę jednak i tak miałam obawy, czy ktoś nas aby nie skasuje za parking 🙃.
Selfik z Oceanem Indyjskim (i rozwianym włosem)
Podczas pobytu w Padangu nie sposób nie odwiedzić też Masjid Raya, majestatycznego meczetu, który został zaprojektowany zgodnie z lokalną architekturą, bez charakterystycznych dla tego typu świątyń kopuł. Do środka nie weszłam (nie było tam raczej opcji wypożyczenia hidżabu), ale budynek nawet z zewnątrz robi niesamowite wrażenie. Wcześniej kilkukrotnie przejeżdżaliśmy obok niego również wieczorem, gdy był pięknie podświetlony, i za każdym razem szczęka opadała mi z zachwytu.
Ostatniego dnia pobytu przyszła paczka z zasilaczem do tabletu (Tomek kupił właściwy model 🥳), więc zrobiliśmy tylko krótki wypad na niewielki wodospad i punkt widokowy znajdujący się nieopodal, po czym pojechaliśmy do kantoru i na dworzec autobusowy kupić te nieszczęsne bilety do Pekanbaru.
Co nas czeka w najbliższym czasie? W czwartek jedziemy do Dumai, skąd 27 kwietnia popłyniemy promem do Melaki w Malezji. Lot do Turcji już lada moment, bo 4 maja. Trzymajcie kciuki, żeby wszystko poszło możliwie gładko. Czołem! 👊
Nie ma to jak muezzin o zachodzie słońca (kichanie nie nasze)
Czasem łazienki w knajpach są w opłakanym stanie















Zachody słońca ,dzika przyroda i ocean ...pięknie mimo wszystko...Fajnie wyglądacie , radośni i uśmiechnięci . Pozdrawiamy i trzymamy kciuki o bezproblemowe przejazdy 😘😘
OdpowiedzUsuń