28 lutego 2026

Malaysia, truly Asia

Dzień dobry z Malezji! Kambodżańska przygoda już za nami, a ostatnie dni w tym kraju spędziliśmy spokojnie, próbując nie umrzeć z ciepła (Kambodża wg niektórych rankingów to 11. najgorętszy kraj świata). Szukając schronienia od słońca, wybraliśmy się między innymi na spacer do lasu (albo raczej dżungli) w pobliżu świątyni Angkor Wat oraz odwiedziliśmy coś w rodzaju opuszczonego parku rozrywki połączonego z ogrodem botanicznym. Bilet kosztował niecałe 20 zł, mimo że większość atrakcji, jak na przykład tunel strachu, była nieczynna. W cenie za to był jeden zimny napój oraz wizyta w niewielkim muzeum figur woskowych. Cały kompleks świecił pustkami i może nie zrobił na nas piorunującego wrażenia, ale przynajmniej trochę tam odpoczęliśmy. W środę pod wieczór oddaliśmy skuter, wróciliśmy do pokoju tuk tukiem i spakowaliśmy torby przed czekającym nas lotem. Właściwie Tomek spakował, za co jestem mu niezmiernie wdzięczna, bo ja w tym czasie doprowadzałam kuchnię do porządku.












W czwartek wstaliśmy wcześnie, bo już o 6:00, żeby z wszystkim się wyrobić. Lot był co prawda dopiero o 11:00, ale nie dość, że na lotnisko autobusem wahadłowym jedzie się godzinę, to jeszcze procedury na lotnisku w Siem Reap bywają podobno dość ślamazarne, więc warto być tam wcześniej. Na miejsce zbiórki przyjechaliśmy z półgodzinnym zapasem czasu, wypełniając go miłą rozmową z dwoma paniami ze Śląska (które serdecznie pozdrawiamy, jeśli to czytają 🙂). Autobus przyjechał sprawnie, za to na lotnisku rzeczywiście dość długo staliśmy w kolejce do odprawy. Mimo że lecieliśmy budżetową linią lotniczą, to w cenie biletu mogliśmy skorzystać z bagażu nadawanego (do 10 kg), a do tego mieć po jednej sztuce bagażu podręcznego (do 7 kg) oraz po jednym przedmiocie osobistym. Taki luksus jeszcze nam się nie przytrafił, bo do tej pory plecaki kabinowe służyły za każdym razem jako bagaż podręczny. Przekroczyliśmy co prawda o trzy kilo dopuszczalny limit, ale na szczęście nikt się nie doczepił i nie musieliśmy dopłacać za nadbagaż. Tomek musiał za to odwiedzić "suspect room", żeby wyjąć z torby powerbanka, którego nie można przewozić w bagażu nadawanym. Gangster jak ta lala.

Lotnisko w Siem Reap bardzo nam się spodobało


Sam lot zleciał ekspresowo, mimo że miał półgodzinne opóźnienie. Na pokładzie dostaliśmy w cenie biletu małą butelkę wody mineralnej oraz drobne przekąski w postaci ciasteczek i orzeszków ziemnych. Bardzo miło. Po wyjściu z samolotu wystarczyło samodzielnie zeskanować paszport i nie musieliśmy przechodzić przez żadne dodatkowe procedury. Do tej pory wszystko szło w miarę sprawnie, ale nie chwalmy dnia przed zachodem słońca. Umówiliśmy się wcześniej z naszymi nowymi znajomymi, że zamówimy wspólnie taksówkę do centrum, żeby podzielić koszty. Okazało się to niezwykle karkołomnym zadaniem. Po pierwsze bardzo długo czekaliśmy na przyjazd Graba, stojąc w niewłaściwym miejscu (hala przylotów jest na trzecim poziomie, a taksówki podjeżdżają zupełnie gdzie indziej), a po drugie kierowcy raz po raz odrzucali nasze zamówienia, argumentując to brakiem miejsca na bagaż w zbyt małym samochodzie. Rozwiązaniem byłoby zamówienie większej taksówki, ale wtedy wzrosłyby koszta i tak w kółko. Do tego doszły jeszcze problemy z Internetem na lotnisku, więc daliśmy sobie spokój, szczególnie że zmarnowaliśmy już w ten sposób dobrą godzinę. Dopiero wtedy zauważyliśmy strzałkę informującą, że z lotniska do centrum miasta jeździ jakiś autobus. Zjechaliśmy na dół, gdzie kupiliśmy bilet po 15 zł od osoby. Szkoda, że nie wpadliśmy na to wcześniej, ale mądry Polak po szkodzie. Zdecydowanie wolimy mniejsze lotniska, bo łatwiej się na nich obrócić. 

Po dotarciu na dworzec (autobus z lotniska mimo drobnych korków jechał około godziny) pożegnaliśmy się z naszymi krajankami i ruszyliśmy do pobliskiego centrum handlowego, żeby kupić kartę do telefonu, a następnie zamówić Graba do pokoju. Wjechaliśmy na górę, gdzie znajdował się salon dostawcy usług komunikacyjnych. Nie da się płacić kartą. Nowoczesna Malezja, akurat. Zjeżdżamy na sam dół, bo tam jest kantor. Udało się wymienić dolary i kupić kartę do telefonu w innym punkcie. Zamiast ponad 30 zł za miesięczny pakiet Internetu Tomek zapłacił dzięki promocji jakieś 12 zł. Ja w tym czasie pilnowałam bagażu, siedząc na murku przy schodach ruchomych, co nie uszło uwadze pana z ochrony. Najpierw podszedł, żeby dopytać, czy bagaże są moje, a po pięciu minutach wrócił, żeby stwierdzić, że nie wolno tam siadać. Dobrze, to ja postoję, tylko czemu nie powiedział mi tego od razu? Postawcie jakąś cywilizowaną ławkę, to nie będę siadała na murku. Bareja wiecznie żywy. 

Wyposażeni w Internet wyszliśmy na zewnątrz, żeby wreszcie zamówić tego Graba. 40 zł za pokonanie 15 km. Ile?! Nie no, tyle to na pewno nie damy. To już taksówka z lotniska bardziej by się opłacała. Mimo rosnącego zmęczenia i wilgotności powietrza, która zdążyła już dać się nam we znaki, postanowiliśmy ogarnąć metro, które przybliży nas do apartamentu. Tomek raz dwa rozszyfrował, w którą stronę trzeba jechać i jaką liną. Bierzemy toboły i idziemy, bo stacja metra jest z drugiej strony budynku. Wyszliśmy ze sklepu złą stroną, ale tak to jest, jak żółtodzioby przyjadą do stolicy i próbują się jakoś ogarnąć. Na szczęście żetony na metro kupiliśmy sprawnie i po krótkiej podróży wysiedliśmy na naszej docelowej (a przynajmniej tak nam się wtedy wydawało) stacji. Stamtąd mamy już tylko 2 km do pokoju, ale wolelibyśmy z tym bagażem nie bawić się w żadne spacery. Zamawiamy Graba. Żaden Grab nie chce przyjechać, bo zarobi tylko parę złotych za taki kurs. Mamy już dość. Proponuję Tomkowi, że pójdziemy z buta, bo chyba nie ma innego wyjścia. Tomek mówi, że chyba zwariowałam. Przejazd na Grabie wreszcie akceptuje jakiś pan Mohamed. Tomek chwali pana Mohameda. Przyjeżdżamy nareszcie do hotelu, dostajemy kartę dostępu do apartamentu, wjeżdżamy na 18 piętro i wyładowujemy graty. Zjeżdżamy z powrotem na dół, żeby zjeść w końcu coś ciepłego. Na szczęście w tym samym budynku działa całodobowa arabska restauracja, więc nie pójdziemy głodni spać. Do jedzenia wzięliśmy dwie zupy tom yum (poprosiłam o wersję łagodną, a myślałam, że wypali mi podniebienie), mięsko, jakieś zielsko i chlebek naan. Bardzo smaczne. Później jeszcze poszliśmy do sklepu po coś do picia, odpuszczając już większe zakupy. Chcielibyście wiedzieć minę Tomka, gdy zorientował się, że piwo tutaj jest niezwykle drogie, bo trafiliśmy przecież do muzułmańskiego państwa. Kogoś tu chyba czeka abstynencja 🤭. 


Wydawać by się mogło, że podróż samolotem powinna być lekka, łatwa i przyjemna, i sama w sobie może i taka jest, ale różne nieprzewidziane sytuacje mogą człowieka naprawdę wykończyć. Nikt jednak nie mówił, że będzie łatwo, a przygody to w końcu nie tylko zwiedzanie. Na koniec wyjaśnię jeszcze tylko dociekliwym, że tytuł posta jest hasłem promującym turystykę w Malezji i widnieje na wielu banerach reklamowych. O pobycie w stolicy napiszemy w kolejnym poście, tymczasem życzymy Wam dużo cierpliwości w podróżowaniu i nie tylko 🤭😘.

Widok z dachu naszego hotelu w Kuala Lumpur

3 komentarze:

  1. Bardzo dziękuję za kolejny super opis podróży i wrażeń. Czekamy na kolejne z kolejnego kraju pobytowego. Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
  2. To się nazywa przygoda 🤪nigdy nie wiesz co cię spotka 😂, prawdziwe podróżowanie Czekamy na następne 😘

    OdpowiedzUsuń
  3. Aleksandra i Ewa ze Śląska 😄03 marca, 2026 11:12

    Cześć Wam 😂. Dziękujemy za pozdrowienia. Do zobaczenia gdzieś, kiedyś na szlaku. Pozdrawiamy.

    OdpowiedzUsuń