W ostatnim poście wspomniałam, że w Siem Reap spędzimy tydzień. Wynikało to z faktu, że miał to być nasz przedostatni przystanek w Kambodży, zanim pojedziemy do Laosu, o którym wstępnie myśleliśmy. Zmieniliśmy jednak plany, bo okazało się, że podróż z Kambodży do Laosu nie zapowiada się równie gładko jak ta z Wietnamu tutaj, nie ma tam wielkiego wyboru miejsc noclegowych, a podróżowanie po dość mocno rozciągniętym kraju byłoby prawdopodobnie zbyt męczące. Pamiętacie, jak w Wietnamie narzekałam na sleeper busy? Teraz wiele bym dała, by móc takimi podróżować, bo w Kambodży funkcjonują niestety jedynie dość ciasne busiki z klimatyzacją, która praktycznie w ogóle nie chłodzi. Obawiam się, że w Laosie jest podobnie, a wszelaka infrastruktura pozostawia tam podobno wiele do życzenia. Zresztą bądźmy szczerzy – leci już czwarty miesiąc, odkąd podróżujemy po tej części Azji, więc bardziej od odkrywania dzikich i chaotycznych zakątków marzy nam się chwilowo coś bardziej spokojnego i przewidywalnego. Co więc zamiast Laosu? Malezja. Głównie ze względu na tanie bilety lotnicze, niewiele droższe od miesięcznej wizy do Laosu (wiza kosztuje ok. 200, a bilet 228 zł), a poza tym Kuala Lumpur, czyli stolica Malezji, to niezła baza wypadowa do innych państw azjatyckich, a nawet Europy, do której będziemy chyba powoli zmierzać w okolicach kwietnia/maja. Nie bez znaczenia jest też fakt, że w Malezji można przebywać do 90 dni bez konieczności posiadania wizy. Wylot mamy 26 lutego z lotniska w Siem Reap, a lot będzie trwał skromne dwie godziny i 35 minut. W Kuala Lumpur zarezerwowaliśmy pięć noclegów w niewielkim apartamencie z aneksem kuchennym, trochę droższym od tego w Phnom Penh. Była to nie lada sztuka, bo w stolicy lubią doliczać do ceny noclegu masę bzdurnych opłat za obsługę czy sprzątanie. I nie chodzi tu o kilka, tylko nawet kilkaset złotych więcej, więc trzeba być czujnym. Ciekawe, co nas tam czeka.
Zmiana planów sprawiła, że pobyt w Siem Reap przedłużyliśmy o kolejny tydzień. Warunki mamy tutaj całkiem niezłe, standardowy pokój z łazienką i niewielkim aneksem kuchennym, w którym znajduje się pojedynczy palnik na kartusz gazowy. Gdy pierwszego dnia zabrakło w nim gazu, gospodyni wysłała Tomka do pobliskiego sklepu, żeby samodzielnie go wymienił. Było to dość zabawne, bo koszt takiego kartusza to raptem złotówka, ale trochę dziwne, że nie jest zapewniony w cenie noclegu. W cenie są za to małe zgrzewki wody mineralnej i wymiana ręczników, a jutro przyjdzie też chyba pani sprzątająca. Minusem na pewno jest napięcie w gniazdkach oraz ich rozmieszczenie, ale płacimy ok. 20 zł od osoby, więc można przymknąć na to oko. Gdy tylko mamy aneks kuchenny, to oczywiście Tomek przygotowuje nam coś dobrego do jedzenia (ja zmywam, żeby nie było!), ale od razu po przyjeździe skorzystaliśmy z jedzenia na dowóz. W zamówieniu można było zaznaczyć darmowe eko opakowanie, z którego oczywiście skorzystaliśmy. Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, gdy tym opakowaniem okazały się liście bananowca, w które owinięty był nasz makaron. Super sprawa – wystarczy poskładać i praktycznie nie zajmuje miejsca w śmietniku. Jak widać można znaleźć alternatywę dla styropianowych opakowań. Szkoda tylko, że w wielu miejscach oferujących mrożoną kawę czy herbatę wciąż dominują plastikowe kubki i słomki.
Dotychczasowy pobyt w Siem Reap spędziliśmy oczywiście między innymi na zwiedzaniu słynnego kompleksu świątynnego Angkor. Kupiliśmy w tym celu trzydniowy karnet, który kosztował ok. 200 zł od osoby. Sporo, ale raz w życiu można dać, szczególnie że na Akropol weszliśmy za darmo, haha. Do wyboru był jeszcze wariant jedno- lub siedmiodniowy, ale uznaliśmy, że ten na trzy dni jest w sam raz. I tak byliśmy wykończeni, bo upały tutaj dają nieźle w kość, ale było warto. Niektórzy uważają, że Angkor Wat, czyli główna świątynia całego kompleksu widniejąca na fladze Kambodży, wcale nie jest najpiękniejsza, ale my się z tym absolutnie nie zgadzamy. Naszym zdaniem to prawdziwy majstersztyk i aż trudno uwierzyć, że takie cudeńko powstało w 12 wieku.
Oczywiście pozostałe świątynie też są warte uwagi, szczególnie że bywają mniej oblegane przez turystów, choć w Angkor Wat w poniedziałek też nie było tłumów. Byliśmy również w świątyni oddalonej godzinę drogi od Siem Reap, skąd było niedaleko do kolejnej, znajdującej się na wzgórzu. Powiem tyle, wchodzenie po schodach, gdy termometr pokazuje prawie 40 stopni w cieniu i nie ma czym oddychać, jest niezłym testem wytrzymałości.
Z tego powodu część pobytu spędziliśmy na unikaniu słońca i oglądaniu kultowego "Janosika", a dzisiaj wybraliśmy się do ogrodu botanicznego, bo co od drzew może być lepsze na upał? Wstęp wolny, więc myśleliśmy, że pochodzimy tam maksymalnie godzinkę, a skończyło się na ponad dwóch. Poza roślinami mogliśmy podziwiać strusie, pawie oraz małpę, która ma niedługo zostać wypuszczona na wolność. Cieszymy się, że pierwszy raz od pobytu w Hanoi możemy posiedzieć trochę dłużej w jednym miejscu i tak nie gonić. Kolejne przygody przed nami, więc przyda się nabrać sił. Na ten moment to tyle, bądźcie zdrowi i do zaś!




Dziękujemy za przekaz i nowe gorące wiadomości .ŻYCZYMY udanych ostatnich dni w Kambodży Mama i Tata !!!
OdpowiedzUsuńFajne fotki ☺️ Nareszcie znów mamy co czytać i oglądać ...U nas mam nadzieję koniec mrozów (poskutkował Wasz przekaz ciepła😂Dajcie znać jeszcze zanim opuścicie Kambodże... pozdrawiamy 💞
OdpowiedzUsuń