14 lutego 2026

Make love, not war

Do hostelu w Battambang przyjechaliśmy tuk tukiem, zarezerwowanym wcześniej przez recepcję. Kierowca wydawał się wyraźnie rozbawiony faktem, że chcemy tam spędzić pięć dni, sugerując, że nie ma w okolicy zbyt wiele do roboty. Stara śpiewka. Tego dnia upał był okropny, więc posiedzieliśmy w pokoju do zachodu słońca, czekając, aż klimatyzacja schłodzi pomieszczenie, i dopiero wtedy poszliśmy na zakupy. Standardowy dzień dojazdowy.

Nazajutrz podjęliśmy próbę wynajęcia skutera w naszym hostelu. Dziesięć dolarów za dzień to jednak zdecydowana przesada, więc podziękowaliśmy. Nie dało się negocjować ceny, a recepcjonistka sama zasugerowała, żeby poszukać najmu gdzie indziej. Trochę dziwne podejście, ale płacimy za dobę 16 zł od osoby, więc nie ma co zgrywać VIP-ów. Poszliśmy do innego hostelu, w którym dobiliśmy targu. Po negocjacjach stanęło na siedmiu dolarach za dobę, a za pierwszy dzień policzono nam połowę ceny. Sympatyczny właściciel na nasze życzenie zamontował nawet uchwyt na telefon, który zdecydowanie ułatwia nawigowanie. Zapraszał nas też na integracyjną kolację degustacyjną za cztery dolary od osoby. Może gdyby nie była integracyjna, to byśmy się skusili. Czytałam zresztą później opinie, że jedzenie co prawda jest w porządku, ale ta integracja to jedna wielka fikcja, a uczestnicy czują się raczej zażenowani, więc chyba nie ma czego żałować. Ważne, że jest skuter. Zgodnie z sugestią właściciela pojechaliśmy do świątyni otoczonej jeziorkiem, która rzeczywiście okazała się warta odwiedzin. Później pojeździliśmy jeszcze trochę po okolicy, podziwiając pola ryżowe. W Kambodży prowincje mają znacznie dzikszy charakter niż w Wietnamie, a życie toczy się jakby wolniej.






Najsympatyczniejszy szofer na świecie 

Następne dni upłynęły pod znakiem kolejnych wycieczek skuterowych. W poniedziałek pojechaliśmy do miejscowości o wdzięcznej nazwie Banan, w której znajdują się starożytne budynki świątynne położone na wzgórzu. Prowadzi do nich sporo schodów, ale warto podjąć ten wysiłek, bo zabytki robią wrażenie. Wstęp kosztował dwa dolary od osoby. Spędziliśmy tam praktycznie cały dzień, bo teren okazał się większy, niż się wydawało. Trafiliśmy nawet do jaskini, o której chyba mało kto wie. Panowała w niej cisza jak makiem zasiał, a dodatkowy klimat robiły stojące tam kamienne posągi. Później zaliczyliśmy jeszcze zimnego kokosa pod parasolem oraz, jakżeby inaczej, spacer wokół jeziora. Okazało się, że gdybyśmy przyjechali nieoficjalnie z drugiej strony, to nie płacilibyśmy za wstęp. Nie ma jednak co cebularzyć, bo warto wspierać utrzymywanie takich miejsc. Po drodze chcieliśmy jeszcze zaliczyć muzeum o nazwie Peace Gallery, ale było już za późno. Jeszcze to nadrobimy.





We wtorek pojechaliśmy skuterem w drugą stronę bez bliżej określonego celu, podziwiając okoliczne wioski i wywołując gdzieniegdzie zainteresowanie miejscowych, na szczęście dość dyskretne. Dzieci czasem pomachają, przybiją piątkę, a dorośli się uśmiechną czy kiwną z życzliwością głową, ale zachowują przy tym spokojny dystans. W Wietnamie pod tym względem panowało nieraz totalne wariactwo. Ani się obejrzeliśmy, a trzeba było powoli jechać w kierunku jaskini nietoperzy, chyba najbardziej znanej atrakcji w okolicy. W międzyczasie straciliśmy jednak niepotrzebnie czas, wdrapując się na wzgórze z rzekomą świątynią buddyjską. Zamiast świątyni były ruiny, a wysiłku nie wynagrodził również żaden ciekawy widok. Życie. Do jaskini pojedziemy jutro, szczególnie że czekają na nas w tym miejscu również inne atrakcje.




Ostatni dzień w Battambang postanowiliśmy zacząć od wizyty na targu, gdzie produkuje się prahok, czyli pastę z fermentowanych ryb, ale chyba zdążyli wcześniej zwinąć interes, więc nic, jedziemy dalej. Zatrzymaliśmy się przy pagodzie, ale nie takiej zwyczajnej jak większość w tych okolicach, a znacznie okazalszej. Możliwe, że pełni rolę czegoś w rodzaju katedry, o ile tak można powiedzieć w odniesieniu do tutejszych świątyń. Później nadrobiliśmy wizytę w Peace Gallery, czyli galerii prezentującej działania na rzecz utrzymania pokoju w Kambodży. Wstęp jest bezpłatny, ale można wspomóc to miejsce dowolnym datkiem lub kupić coś w tamtejszym sklepiku. Miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia, choć chyba za mało rozreklamowane. Podczas naszej wizyty nie było tam nikogo.


Nie ma to jak drzemka w cieniu słonia 



Rewolwer z zawiązaną lufą to znany symbol pokoju 
w Kambodży 

Żeby odpocząć, po wizycie posiedzieliśmy trochę przy mrożonej kawie w ocienionym ogrodzie, po czym ruszyliśmy w kierunku jaskini nietoperzy. Wcześniej jednak zwiedziliśmy wzgórze, na które znowu trzeba było wspiąć się po schodach. Alternatywą była asfaltowa droga, którą można było wjechać znacznie wyżej, żeby się nie męczyć, ale nie z nami takie numery. Na górze czekały świątynie, jaskinie oraz sprzedawcy zimnych napojów, próbujący wcisnąć zimny trunek każdej spoconej osobie, która się tam wgramoliła. Trzeba przyznać, że niezły biznes, ale podziękowaliśmy. Dopiero po zejściu z góry kupiliśmy sobie zimne kokosy, siadając z nimi nieopodal jaskini nietoperzy, które wylatują z niej po zachodzie słońca. I to nie parę okazów, a podobno aż 6,5 miliona. Czasem robią to, gdy jest już całkiem ciemno, ale nam się poszczęściło. Ruszyły parę minut po zachodzie słońca i tak wylatywały przez co najmniej kilkanaście minut. Zdążyliśmy już ruszyć w drogę powrotną, a wciąż można było dostrzec chmarę nietoperzy na niebie. Naprawdę niezła sprawa.







Przedwczoraj przyjechaliśmy do Siem Reap, czyli miasta położonego blisko świątyni Angkor Wat. Wzięliśmy tutaj siedem noclegów, żeby zwolnić trochę tempo i odpocząć nieco od upałów, sięgajacych nawet 37 stopni w cieniu. Dzisiaj Walentynki, więc niezależnie, co myślicie o tym święcie, życzymy Wam dużo miłości i przesyłamy zdalne uściski 🫂😘❤️.

1 komentarz:

  1. Dziękujemy za życzenia Walentynkowe, życząc Wam tego samego .♥️Ta ,,plantacja"kaczek robi apetyczne wrażenie 😂Ten filmik podziałał na wyobraźnię a to jedzenie wow 🤤 Czekamy na nowości.

    OdpowiedzUsuń