Puściłem w tle "Abbatoire Blues", jedną z moich ulubionych płyt Nicka Cave'a (zachęcam do zrobienia tego samego) i odpoczywając w klimatyzowanym pokoju hostelu Blue Diamond w Battambangu z tabletem na kolanach, zaczynam opowieść o tym, co nas spotkało w stolicy Kambodży – Phnom Penh. Musicie wiedzieć, słowem wstępu, że temperatury serio dają w kość. Tak, że nie odważamy się nawet wyłączać klimy, wychodząc na pół dnia na miasto (odczuwalne temperatury często przekraczają 40 stopni). Zresztą tym razem w regulaminie obiektu tego nie wymagają. Wszędzie za to oznaczenia, że korzystanie z narkotyków jest zabronione. Tak jak seksturystyka, czyli w tym wypadku przyjmowanie gości we wiadomym celu.
Dziś jednak historia o Phnom Penh. I od czego tu zacząć? Może od tego, że to od wielu, wielu lat raj dla pedofili? Na szczęście władze zdają się coś działać w tym temacie. Ale do normalności droga daleka. W skrócie – zboczeńcy przyjeżdżają tu z całego świata, by wykorzystywać dzieci. To ta ciemna strona miasta. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, to polecam na przykład ten film z lektorem na YT: Kambodża: Polowanie na drapieżniki
Inną ciemną (najciemniejszą) kartą, nie tyle samego Phnom Penh, co całej Kambodży, jest okres, w którym władzę sprawowali Czerwoni Khmerzy pod przywództwem Pol Pota. Było to w latach 1975-1979. W skrócie – przejmując władzę, stwierdził, że wszyscy powinni wynieść się z miast na wieś, porzucić transakcje pieniędzmi (za to groziła śmierć) i wrócić do barteru (bezgotówkowej wymiany dóbr). Wszyscy mieli pracować na roli, zwiększając produkcję ryżu. Doprowadziło to do tego, że wyżej ceniono życie osła, zdolnego przenieść kilka worków więcej, niż człowieka.
W międzyczasie Pol Pot wybijał w pień wszystkich wrogów systemu. I nie tylko ich, ale całe rodziny rzeczonych, w myśl zasady, że chwast trzeba wyrwać z korzeniami. Stąd ponad 300 tzw. pól śmierci – miejsc, w których bestialsko mordowano niewinnych ludzi. I to nie z pistoletu – amunicja była zbyt droga. Stojących nad własnymi grobami, dobijano ich siekierami, motykami, bambusowymi kijami. I żeby nie było słychać ich krzyków, puszczano propagandową muzykę z głośników zawieszanych na drzewach, by okoliczni mieszkańcy myśleli, że odbywa się jakaś partyjna impreza. Dziś te drzewa to w zasadzie relikwie. Ale większymi relikwiami są z pewnością te drzewa, o które, omamieni wizją Pol Pota, jego podwładni zabijali dzieci, rozbijając ich głowy o pień. W wyniku działań zbrodniczego reżimu życie stracił co czwarty obywatel Kambodży. Rozumiecie? Ćwierć narodu poszło w piach przez urojenia szaleńca.
Nie zrozumcie mnie źle, Kambodża to cudowny kraj ze wspaniałymi, życzliwymi i uśmiechniętymi ludźmi, mimo tego, co jeszcze nie tak dawno działo się na tych terenach. Mówi się, że ten kraj jest o jakieś 20 lat do tyłu w stosunku do Wietnamu i o jakieś 40 w stosunku do Tajlandii. W Tajlandii jeszcze nie byliśmy, ale ogólne wrażenia z Kambodży chyba mamy bardziej pozytywne od tych z Wietnamu (to znaczy ja, Monika ma problem z kupnem czegokolwiek do picia bez cukru, choć też są opcje, ale w sumie może dwie).
Byliśmy więc w osławionym więzieniu S-21 (Tuol Sleng), które powstało w miejscu szkoły średniej i na polach śmierci (choeng ek). Takich pól śmierci, czyli miejsc kaźni Khmerów (tak się zwyczajowo nazywa obywateli Kambodży, choć sprawa jest skomplikowana), jest w kraju ponad trzysta. Polecam każdemu zainteresowanie się historią tego regionu. Myślę, że tragiczne wydarzenia, do których tu dochodziło, można porównać do Auschwitz.
"Let the Bells Ring", akurat leci ten kawałek ze wspomnianej płyty. Myślę, że hasło: niech dzwony się odezwą, bo to polskie tłumaczenie tytułu, nadaje się w sam raz jako podsumowanie tych ciężkich akapitów. Z tysięcy więźniów tego miejsca ocalało jedynie 12. W tym czwórka dzieci.
Płyta się skończyła, z automatu poleciało "Hurt" w wykonaniu Johnny'ego Casha. Jeśli ktoś nie zna tego utworu, to powinien nadrobić braki.
A co mi szkodzi wrzucić tu link? Potraktujcie to jako oddzielenie smutnej, ale koniecznej do poznania, historii Kambodży od lżejszych klimatów.
Swoją drogą, czy ktoś zna inny, równie dobry, cover? Nawet Trent Reznor z Nine Inch Nails, autor tego utworu, stwierdził, że teraz to już kawałek Casha.
Doszliście do siebie? No to jedziemy dalej.
Nocleg w Phnom Penh mieliśmy naprawdę niezły. 50 metrów kwadratowych, kuchnia, salon, sypialnia, łazienka i jeszcze komórka. Kosztowało nas to jakieś 44 złote od osoby za dzień, ale naprawdę było komfortowo. Klima schładzała pomieszczenie w pół godziny. W sumie dwie klimy.
Pierwszego dnia poszliśmy do muzeum SOSORO, miejsca opowiadającego o historii miejscowego systemu finansowego. Dowiedzieliśmy się naprawdę sporo o miejscowej walucie i o całkiem niedawnych odkryciach, wskazujących na to, że pieniądze były obecne na tych terenach o wiele wcześniej, niż pierwotnie sądzono. Niestety w muzeum nie można robić zdjęć. Moim zdaniem pięć dolarów to bardzo uczciwa cena, spędziliśmy tam ponad dwie godziny.
Później standardowo pobujaliśmy się po centrum. Nie ma co tu więcej ściemniać. Spacer po mieście to pierwsze, co zawsze robimy. Tym razem szliśmy m.in. promenadą nad Mekongiem.
Drugi dzień spędziliśmy na relaksie w pokoju. Dosłownie – wyszliśmy wieczorem na chwilkę, więc też co tu opisywać. Zajęty byłem robotą, dzień do zapomnienia.
Trzeciego dnia ogarnęliśmy muzea ludobójstwa, o których wspomniałem wcześniej. Tu więcej zdjęć.
Po raz kolejny nalegam, byście poczytali o tej historii. Po zwiedzaniu trafiliśmy do całkiem niedawno otwartej knajpki na jedzonko. Wszystkie potrawy kosztowały 2,50 USD. Zjadłem smażone rybki z sałatką z kiszonego mango, a Monika zupę z mięsem i warzywami. Dobry deal.
Czwartego dnia pojechaliśmy na tzw. Wyspę Jedwabną (po ang. Silk Island, po tutejszemu Koh Dach). Wypożyczyliśmy rowery po trzy dolce za osobę i uprzejmie dziękując pani wypożyczającej rowery za zaproszenie do domu jej siostry, by zobaczyć produkcję jedwabnych apaszek (introwertyzm mode), ruszyliśmy przed siebie. Nawet za nami pojechała, żeby pokazać nam, że dom siostry jest w inną stronę. Zawsze niezręcznie czuję się w takich momentach, musząc odmawiać miejscowym, bo mamy inne wizje spędzenia dnia. Ale oni serio nie naciągają. Wizyta miała być darmowa. Po prostu nie byliśmy targetem. Wolimy robić rzeczy sami i po swojemu.
W drodze na dalszą część wyspy wstąpiliśmy do skromnie wyglądającego miejsca z jedzeniem. Zwykłej budki przy ulicy. I to był strzał w dziesiątkę. Zjedliśmy po smażonym ryżu z kurczakiem, wcześniej pytając, czy miejsce jest na pewno otwarte, i uzyskując odpowiedź, że dla nas – oczywiście. Miło. Zjedliśmy ze smakiem i choć w menu nie było napojów, to zawsze można polegać na sąsiadach. Dosłownie naprzeciw był sklepik spożywczy. Tu te sklepiki nijak się mają do tego, co znamy w Polsce. To garażowy geszeft. Na szczęście były napoje w lodówkach. Kupiliśmy coś tam i wróciliśmy z tym do stolika po drugiej stronie drogi. Jedzonko przyszło akurat, kiedy otwierałem zimne piwko. Zjedliśmy. Kiedy chciałem zapłacić, pani nas obsługująca rozmawiała z jakimś gościem kaukaskiej urody (to taka, jak nasza ;)). Zapłaciłem grubymi dolcami (dałem banknot dwudziestodolarowy), więc musiała pójść naprzeciwko rozmienić. W międzyczasie pogadaliśmy z typem, który okazał się jej mężem (facet jest elektrykiem). Kilka lat temu trafił do Kambodży z australijskim szefem i postanowił stąd nie wyjeżdżać. Przez jakiś czas wynajmował pokój u swojej przyszłej żony i jakoś poleciało. Bardzo dobrze ogarniał położenie Polski na mapie świata i tłumaczył swojej żonie, że Auschwitz można porównać do działań Pol Pota. Bardzo miłe spotkanie. W końcu nie dopytaliśmy o jego pochodzenie, ale być może też był Australijczykiem, na co wskazywałby akcent. Stwierdził za to dosyć dosadnie, że sama stolica by mu nie odpowiadała, za to znalazł swoje miejsce na prowincji. Zielono, cicho, życzliwi ludzie... czego chcieć więcej? Ale musiałbym mieć dane z pory deszczowej ;). Na razie jest tu gorąco i sucho. I pewnie tak zapamiętamy ten region. Drugiej twarzy wolę nie doświadczać.
Po mieście bujaliśmy się tuk tukami, można je zamawiać przez PassApp lub Graba, czyli aplikacje podobne do znanych w Polsce Ubera i Bolta. Działa to bardzo sprawnie. Na przejazd tuk tukiem czeka się góra trzy minuty. Średnio trzeba liczyć niecałą złotówkę za kilometr, więc się opłaca. Z bólem serca opuściliśmy stolicę, choć rodak złapany w Kampocie na plantacji pieprzu odradzał wizytę w mieście, bo nie ma tam co robić. O to się nie bójta, my zawsze znajdziemy coś do odkrycia. I tym pozytywnym akcentem kończę. Czytajcie i oglądajcie filmy o historii Kambodży! Ten kraj to perełka. Jeszcze o nim usłyszycie.
Smutne, wzruszające... ludobójstwo 🥺Dość dosadnie to opisałeś że aż ciarki przeszły po ciele .Odkrywajcie i historię i piękne zakątki dzielac się z nami ... Powodzenia i pozdrawiamy ♥️
OdpowiedzUsuń